Ofiarność społeczeństwa była ogromna…

ofiarnosc2

Ofiarność społeczeństwa była ogromna…

Elżbieta Romanowska 23.11.2018

Ofiarność społeczeństwa była ogromna….” Strajk w Stoczni Gdańskiej im. Lenina (2 – 10 maja 1988 r.). Rozmowa z Janiną Werhstein, organizatorką punktu pomocy strajkującym przy kościele św. Brygidy w Gdańsku

W 1988 r. doszło do kolejnych strajków w Polsce. Lata osiemdziesiąte charakteryzowały się głębokim kryzysem społeczno-gospodarczym. Próby moralnego, ekonomicznego i politycznego odrodzenia Polski siłą przerwano w 1981 r. Skutki niewydolności systemu spychane były na społeczeństwo, któremu obiecywano różnego rodzaju reformy, ale kończyły się one na pozorowanych i nie zmieniających istoty systemu poprawkach. Ciągle obniżał się poziom życia społeczeństwa, a wprowadzona przez władzę podwyżka cen żywności była szczególnie dotkliwa. Przy niemożliwości zastosowania innych demokratycznych rozwiązań załogi zakładów pracy zastosowały środek drastyczny – strajk.

24 kwietnia 1988 r. strajk ogłoszono w Komunikacji Miejskiej w Bydgoszczy. Dwa dni później strajkowała Huta im. Lenina w Nowej Hucie. Komitet Założycielski NSZZ „Solidarność” Pracowników Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego wspólnie z pracownikami wielu zakładów pracy w Lublinie na zebraniu w dniu 28 kwietnia 1988 r. uchwalił rezolucję popierającą postulaty strajkujących robotników Nowej Huty. 29 kwietnia rozpoczął się strajk w Hucie w Stalowej Woli. Ponadto na terenie całego kraju odbywały się niezależne demonstracje pierwszomajowe.

2 maja 1988 r. doszło do strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Na czele strajku stanął 29-letni spawacz Jan Stanecki, a następnie przewodniczącym wybrano Alojzego Szablewskiego. Strajkujący przedstawili pięć postulatów: podwyżka zarobków o 20 tys. zł, przywrócenie legalnej działalności NSZZ „Solidarność”, zwolnienie wszystkich więźniów politycznych, przyjęcie do pracy wszystkich zwolnionych za przekonania, nierepresjonowanie i gwarancje bezpieczeństwa dla wszystkich strajkujących.

Przewodniczący Komitetu Strajkowego, Alojzy Szablewski wystosował apel do mieszkańców Trójmiasta:

„Obecny nasz strajk jest nieporównywanie trudniejszy niż w sierpniu 80 r. Wówczas byliśmy otoczeni sympatyzującymi z nami mieszkańcami Trójmiasta i Polski, a obecnie zastosowano pełną blokadę przez oddziały ZOMO. Znajdujemy się obecnie jak w oblężonej fortecy tyle, że bez broni. Bronią naszą to hasło wolność i solidarność

Drodzy mieszkańcy Gdańska i Polski. Nie chcemy strajkować, my chcemy pracować! Ale w jaki sposób możemy walczyć o prawo do legalnego działania związku NSZZ >Solidarność<? Prawa oczywistego i uroczyście przyrzeczonego aktem ratyfikacji konwencji nr 87 MOP przez Radę Państwa z górą 30 lat temu.

Władza powinna poważnie podejść do sprawy i nie pogłębiać dalej kryzysu i przystąpić do rozmów.

Nie żądamy wiele, z pięciu naszych postulatów, cztery nic nie kosztują nasze państwo. A sprawa podwyżki płac jest już rozpatrywana w opracowanej nowej siatce płac. Żądamy jednak gwarancji szybkiej realizacji.

Czy ponowne zalegalizowanie >Solidarności< jest aż taką przeszkodą? Czy musi władza nad tym punktem tyle się zastanawiać, przez co tyle tracimy czasu i narażamy kraj na dalsze straty?

>Solidarność< nie chce władzy ale pragnie bronić interesów ludzi pracy bez nakazów z góry.

Czy władza jest głucha na głos ludzi, dlaczego władza nie służy narodowi jeżeli jest takie życzenie milionów Polaków!

Szanujemy poglądy innych, jesteśmy za pluralizmem, gdyż z doświadczenia wiemy, że władza myliła się już kilkakrotnie i przyznawała się do błędów i wypaczeń, ale za te błędy każdorazowo płacił naród.

Dlatego mówimy dość już doświadczeń i domagamy się głębokich reform z ponownym zalegalizowaniem NSZZ >Solidarność<, bez których nie będzie ratunku dla naszej Ojczyzny.

Dlatego z takim uporem trwamy w swoim proteście, oczekując pełnego poparcia całego społeczeństwa”.

Z 4 na 5 maja 1988 r., w nocy, oddziały ZOMO brutalnie spacyfikował strajkujących robotników w Nowej Hucie, a przywódców strajku aresztowano. Była to próba zastraszenia pozostałych strajkujących załóg. Antoni Dudek w publikacji „Reglamentowana rewolucja. Rozkład dyktatury komunistycznej w Polsce 1988-1990” pisze, że „Nie jest jednak jasne, czy celem pacyfikacji Huty była demonstracja siły ze strony władz, czy też chodziło o zamrożenie – z trudnych do określenia powodów – rozpoczynającego się dialogu z przedstawicielami opozycji. Bardziej prawdopodobny wydaje się pierwszy wariant (…). Decyzja o pacyfikacji została podjęta przez generała (Jaruzelskiego) w ostatniej chwili i prawdopodobnie w bardzo wąskim gronie”.

W Gdańsku także próbowano zastraszyć strajkujących. 6 maja w piątek oddziały ZOMO kordonem odizolowały stocznię od miasta, a w nocy z soboty na niedzielę symulowały szturm na stocznię. 7 maja rozpoczęły się rozmowy dyrekcji stoczni z Komitetem Strajkowym, który wspierali Jarosław i Lech Kaczyńscy, Tadeusz Mazowiecki i Władysław Siła-Nowicki. 9 maja Komitet Strajkowy zdecydował o przerwaniu strajku. Powodem był brak możliwości uzyskania porozumienia w sprawie realizacji postulatów politycznych – przede wszystkim legalizacji NSZZ „Solidarności”. Strajk w Stoczni Gdańskiej im. Lenina zakończono 10 maja 1988 r.

Szacunek i podziw dla akcji strajkowej wyrazili studenci i pracownicy naukowi w całym kraju. 11 maja 1988 r. Komitet Założycielski NSZZ „Solidarność” pracowników KUL w liście otwartym do uczestników strajku w Stoczni Gdańskiej pisał:

„Tym, co dziś pragniemy jeszcze raz wyrazić są uczucia podziwu, wdzięczności i solidarności, które stale żywiliśmy myśląc o Was przez te wszystkie strajkowe dni. Podziwu dla Waszej odwagi, determinacji i wytrwałości, wdzięczności za to, że w Waszych postulatach pamiętaliście nie tylko o własnych płacach, ale i o wyrzuconych z pracy kolegach, o więźniach politycznych a przede wszystkim o Związku, który narodził się w Waszej stoczni i stał się i pozostaje nadal Związkiem milionów ludzi w Polsce. Jest on i naszym Związkiem, a jego nazwa zobowiązywała nas przez te strajkowe dni i zobowiązuje nadal - próbujemy jak umiemy sprostać temu zdaniu.

Wasz pochód opuszczający Stocznię Gdańską otwierał krzyż - znak naszej wiary. Wierzymy razem z Wami, że ostatecznie Bóg jest panem dziejów, że gdy tylko wyrażamy do tego gotowość wciela się w te dzieje przez nas, że tylko dzieje współtworzone z nim wcielają najpełniej wartości takie jak prawda, miłość, sprawiedliwość, wolność i solidarność. Tak jest także z dziejami naszego kraju – razem z Bogiem pragniemy je oczyszcza z kłamstwa, nienawiści, niesprawiedliwości, zniewolenia i obojętności.

Waszym strajkiem wspaniale włączyliście się w to wspólne dzieło. Dzieło, które musimy i które będziemy kontynuować”.

×××

Rozmowa z Janiną Werhstein, organizatorką punktu pomocy strajkującym przy kościele św. Brygidy w Gdańsku, przeprowadzona 17 maja 1988r. ( zapis rozmowy udostępniony przez Janinę Werhstein)

- Jak doszło do zorganizowania punktu pomocy strajkującym?

Janina Wehrstein: Sprawa zaczęła się od tego, że jestem przedstawicielką Komisji Interwencji i Praworządności NSZZ „Solidarność” w naszym regionie. W momencie kiedy strajk się zaczął przyszli do mnie dwaj młodzi ludzie z ruchu „Wolność i Pokój”, znani mi wcześniej i zaproponowali organizację takiego punktu. Ponieważ już wcześniej miałam taki zamiar, poszliśmy razem do kościoła św. Brygidy i tu stworzyliśmy taki stały zespół ludzi zajmujących się udzielaniem pomocy strajkującym. Byli to Małgorzata Gorczewska z WiP-u, Zdzisław Złotkowski, pracujący w komisji charytatywnej przy kościele św. Brygidy, no i ja. Wkrótce doszła do nas Helena Niecieka, pracownica „Unimoru”[Gdańskie Zakłady Elektryczne]. W przypadku pani Heleny, jak ją nazywamy Żeni, miałam dodatkową satysfakcję. W zeszłym roku bowiem, przed wizytą papieża była zatrzymana na 48 godzin i dyrekcja „Unimoru” za wszelką cenę chciała ją usunąć z zakładu. Udało się nam wówczas wybronić ją od tego zwolnienia, co uważam za duży sukces. Jak się okazało jesteśmy w stanie pomagać sobie wzajemnie.

- Czy punkt pomocy zaczął działać już pierwszego dnia strajku, czyli od 2 maja, czy nastąpiło to później?

J.W.. : Właściwie zebraliśmy się już pierwszego dnia, w poniedziałek po południu, z tym, że normalną pracę zaczęliśmy od wtorku rano. Od wtorku też, ja i inne osoby, wzięliśmy urlopy z naszych miejsc pracy.

- Jak wyglądało zorganizowanie punktu, od czego zaczęliście swoją pracą?

J. W.: Pierwszą czynnością jaką wykonaliśmy, było postawienie dużego pudła na pieniądze, za które chcieliśmy kupować jedzenie. Wkrótce okazało się, że ludzie sami przynoszą jedzenie, w siatkach, torbach itp. Po 2-3 dniach kupowania żywności zorientowaliśmy się, że nie mamy np. kartek na mięso i nie możemy kupić żadnej wędliny. Ogłosiliśmy więc kto może ofiarować nam kartki, to prosimy bardzo. Potem znów okazała się pilna potrzeba dostarczenia benzyny, do przewożenia tej żywności – znów ogłosiliśmy – potrzebujemy benzyny.

Jak z tego widać nasza praca była spontaniczna, nic tu nie było pod linijkę, po prostu potrzeby regulowały naszą działalność. Kartki żywnościowe, benzyna, kiedy się okazało, że potrzebne są koce – zorganizowaliśmy koce. Innym razem kurierzy przynieśli informację - potrzebne są długopisy i papier do pisania. Stoczniowcy chcieli porozumieć się ze swoimi rodzinami, a w stoczni nie było czym pisać. Kupiliśmy więc papier listowy, koperty długopisy.

Przy tej okazji warto podkreślić bezinteresowność wielu ludzi. Gdy kupowaliśmy chleb, bardzo często piekarnie nie brały od nas pieniędzy, w szczególności zasłużyła się tu piekarnia p. Pellowskiego.

- Ważną sprawą było kontaktowanie się strajkujących ze światem zewnętrznym i vice versa. Jak ta sprawa została zorganizowania?

J.W.: Najpierw sprawą przerzutu do stoczni zajęli się studenci i „wipowcy”, nosili oni właściwie wszystko w dużych plecakach na stelażach. Dzieci mieszkające w okolicach stoczni, częstokroć dzieci stoczniowców, widziały to. Ponieważ one znają tam każde przejście, każdą dziurę, zaczęły przychodzić do nas, żeby im da

coś do przeniesienia. I tak się zaczęło z najmłodszymi. Nie nosiły dzieci, rzecz jasna, plecaków ze stelażami, ale torby. Dzieci te bardzo przydawały się do rozwożenia i przywożenia listów do i od rodzin strajkujących, rzec można stały się kurierami, łącznikami strajku. Ogółem było tych dzieci około 30.

- Czy nie pojawiły się jakieś nieprzyjemne historie z rodzicami?

J.W. Podobno były jakieś telefony do ks.[Henryka] Jankowskiego, że my deprawujemy dzieci, były to jednak reakcje odosobnione. Pojawiły się też zarzuty pod naszym adresem, po pobiciu przez ZOMO-wca Doroty Szewczyk, jej kolega zarzucał nam, że ponieważ Dorota bardzo angażuje się w to co robi, wiec my nie powinniśmy jej zlecać żadnych zadań. W tym przypadku nie mogliśmy jednak brać odpowiedzialności za nią, bo Dorota ma 18 lat, jest pełnoletnia.

Ponadto dzieci, szczególnie w wieku lat ok. 12, przychodziły tu i mówiły: pani Janko, pani da nam coś do zrobienia, pani da nam ulotki, zaniosę. Czasami przychodziły nawet o godzinie 22. Oczywiście traktowały w większości te wydarzenia jako przygodę, ich świadomość nie jest jeszcze tego rodzaju, aby w pełni rozumieć to, co się zadziało. Na przykład, dziewczęta, przychodziły częstokroć z sympatii do chłopców, tam też pozawiązywały się takie nowe znajomości. Nie mówię tego w złym sensie, uważam, że to też jest cenne.

- Czy pamięta pani może wiek najmłodszego z kurierów?

J.W.: Bardzo młodziutkim kurierem była 13-letnia Ania mieszkająca w Gdyni, najmłodsi zaś to para trzecioklasistów, czyli 10-latków. Kiedyś ci dwaj chłopcy przyszli i zaczęli po swojemu. Pani nam coś da, pani nam coś da. Akurat przywieziono ze stoczni listy do rodzin. Dałam im 4 czy 5 listów, jeden na Orunię, jeden na Zaspę, w każdym razie dość daleko. Ci chłopcy nie wzięli ode mnie żadnych pieniędzy na tramwaj czy autobus, przyjechali późnym wieczorem, dostarczyli odpowiedź od żon dla stoczniowców i jeszcze przynieśli 200 zł. do skrzynki.

Była to taka fajna para chłopaków, zawsze pogodnych, uśmiechniętych, aż żal im było powiedzieć, słuchajcie, ja teraz nic nie mam. Ogólnie, to młode towarzystwo zawsze było uśmiechnięte, nie widziało się tam twarzy przerażonych, przestraszonych.

- Jak wyglądał przeciętny dzień pani pracy w czasie strajku?

J.W.: Wstawałam o godzinie 7, najpierw kupowaliśmy chleb, potem inne produkty, w zależności od potrzeb. Ok. 9 przychodzili kurierzy, często przynosząc już wiadomości ze stoczni i wtedy orientowaliśmy się, co danego dnia kupić . Tak mniej więcej przez cały dzień, specjalnie nie było czasu na myślenie, zastanawianie się, tyle się przez cały czas działo. Spać kładliśmy się ok. 2-3 w nocy.

- Trudnym momentem było rozbicie siłowe strajku nowohuckiego w nocy z 4 na 5, maja. Jak tu, w punkcie pomocy, przyjęliście tę wiadomość?

J.W.: Na pewno pojawił się u nas gniew, nie było natomiast przerażenia. Uznaliśmy, że jest to kolejna brutalność władzy, lecz nie traktowaliśmy tego jako przerwania naszej pracy, bo np. i tu mogą wejść. Nie było rezygnacji, raczej gniew i oburzenie.

- Czy strajkujący Uniwersytet Gdański również otrzymał z kościoła św. Brygidy pomoc?

J.W.: Tak, udzielaliśmy pomocy także Uniwersytetowi. Tam żywność wozili już sami studenci, nie było to takie trudne, bo nie było wokół okupowanego budynku kordonu policji.

- Przewijali się przez punkt pomocy strajkującym rożni ludzie, kim byli ci ofiarodawcy?

J.W.: Przyszedł kiedyś pewien pan i wrzucił do skrzynki 100 tys., myślę więc, że był to jakiś rzemieślnik. Byli też panowie z SB. Przykładowo, był taki, który wrzucił do skrzynki 2 tys. zł., a chłopcy znają go z przesłuchań. Był również emerytowany pułkownik milicji. Przy puszce stała wówczas p. Żenia, wiec on pokazał jej swoją legitymację i powiedział: >pracowałem kiedyś w tej instytucji i właściwie bardzo się tego wstydzę<. Ofiarował 50 tys. zł. Przychodziło wielu emerytów, którzy przynosili ostatnie pieniądze. Otwierali portmonetki i wsypywali wszystko, co mieli. Pamiętam taką panią wyglądającą na lat, powiedzmy 90, może trochę mniej, była głucha, wszystko, co miała zostawiła. Były to bardzo wzruszające momenty. Pani Nieciecka, która najczęściej stała przy skrzynce, często płakała. I co jeszcze charakterystyczne. Największą ilość datków zebraliśmy ostatniego dnia strajku, oczywiście wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że to koniec. Im bardziej strajk posuwał się czasowo do przodu, tym większa była ofiarność ludzka.

- Co uznałaby pani za szczególną wartość tych dni strajkowych, czego się z nich nauczyliśmy?

J.W.: Myślę, że bardzo istotną sprawą było wykazanie sprawności działania Związku. Np. myśmy natychmiast mogli wypłacić pieniądze strajkującym za te dwa tygodnie. Bardzo często powstrzymuje ludzi od udziału w strajku obawa, że nie dostaną pensji, rodzina zostanie bez środków do życia, a częstokroć żona i dzieci tylko na ich utrzymaniu. Tymczasem okazało się, że jest inaczej. Jeśli nie zapłaci mi zakład, to zapłaci mi mój Związek, do którego należę. Jest to więc, w jakimś sensie, przekonanie ludzi, że jesteśmy siłą. Ludzie poczuli, że nie są sami.

Dużym osiągnięciem naszym była, nazwijmy to samowystarczalność. We wszystkich sytuacjach radziliśmy sobie naszymi gdańskimi środkami, za pomocą miejscowych ludzi. Nie potrzebowałam dzwonić nigdzie o pomoc. Istniał kontakt telefoniczny z państwem Romaszewskimi, w sprawie represji i to właściwie wszystko. Daliśmy sobie sami radę, a zawdzięczać to trzeba, w dużej mierze ofiarności społeczeństwa. 131 różnych zakładów, szkół, szpitali i innych instytucji oficjalnie, pod swoją nazwą wpłaciło pieniądze na Komitet Strajkowy.

-Czy utkwił pani w pamięci jakiś szczególny moment tych dni?

J.W.: W niedzielę któryś z łączników przyniósł mi wąziutki skrawek papieru z napisem Bożena Stawicka Trutnowy (miejsce zamieszkania) samotna, na utrzymaniu czworo dzieci. Wywnioskowała z tej karteczki, że pani ta jest w domu z dziećmi, a mąż uczestniczy w strajku w stoczni. W niedzielę pojechali pod wskazany adres młodzi ludzie. Na miejscu okazało się, że to ta pani jest na strajku, na co dzień jest zatrudniona w Stoczni im. Lenina jako kucharka, a w domu pozostało czworo dzieci. Z tym, że najstarsza córka ma 16 lat i potrafi już zająć się domem i rodzeństwem, ponadto pomagają jej sąsiedzi. Ktoś mógłby powiedzieć, to brak odpowiedzialności, zostawiać czwórkę dzieci i iść na strajk. Ja jednak myślę, że to jej moralność jest tak silna, zapatrzenie w tą ideę tak silne, że nie bała się zostawić dzieci.

Inna taka chwila. Przyszedł ktoś z dzieckiem, które przyniosło wycięte z kartonu serduszko, na wierzchu było napisane maj 88, a wewnątrz napisane było kolorowymi kredkami – dzieci są też z wami.

- Strajk zakończył się kilka dni temu. W związku z pani pracą w Komisji Interwencji, chciałabym spytać o kwestię zwolnień z pracy osób uczestniczących w strajku?

J.W..: Jest jeden chłopak z „Budimoru”, który jako jedyny pracownik spoza stoczni był na strajku. Z miejsca został zwolniony. Jest kilka osób z „remontówki”. Teraz napływają sprawy zwolnionych ze Stoczni im. Lenina.

Dziękuję pani za rozmowę

J. W..: Na zakończenie chciałabym serdecznie podziękować ks. [Henrykowi] Jankowskiemu za pomoc, przede wszystkim lokal, gdzie mogliśmy pracować. Tu spaliśmy, nasza praca kończyła się o takiej godzinie, że trudno było już wracać do domu. Choć by ze względów bezpieczeństwa. Często przychodził tutaj do nas, dodawał otuchy, łagodził konflikty ze zbyt natarczywi dziennikarzami itp. Odegrał tu bardzo dużą rolę.

Strona do prawidłowego działania używa cookies Więcej informacji

Informacja prawna: Ustawienia plików cookie na tej stronie internetowej są ustawione na "zezwalaj na pliki cookie", aby zapewnić Ci jak najlepsze wrażenia z przeglądania. Jeśli nadal używasz tej witryny bez zmiany ustawień plików cookie lub klikniesz "Akceptuj" poniżej, to wyrażasz na to zgodę.

Zamknij