Stefan Śnieżko – Powstanie NSZZ „Solidarność’ w Prokuraturze Rejonowej w Olsztynie.

skmbt_c284e18100510221
ze zbioru Janiny Wehrstein

Stefan Śnieżko - Powstanie NSZZ „Solidarność’ w Prokuraturze Rejonowej w Olsztynie.

Elżbieta Romanowska 14.11.2018

Powstanie NSZZ „Solidarność’ w Prokuraturze Rejonowej w Olsztynie. Relacja prokuratora Stefana Śnieżko

Stefan Śnieżko, urodził się 5 czerwca 1936 r. w Ginejciszkach koło Wilna (obecnie Litwa), syn Leona i Heleny z domu Kunickiej. Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Prawnik, prokurator, działacz opozycji demokratycznej w okresie PRL.

W latach 1966-1968 pracował w Prokuraturze Powiatowej w Morągu na stanowisku podprokuratora, a następnie zastępcy prokuratora powiatowego. Od 2 stycznia 1968 r. do 10 września 1979 r. pełnił obowiązki prokuratora powiatowego w Prokuraturze Powiatowej w Bartoszycach. 10 września 1979 r. został mianowany wiceprokuratorem Prokuratury Rejonowej w Olsztynie. Od 11 września 1979 r. do 30 września 1981 r. sprawował funkcję Zastępcy Prokuratora Rejonowego w Olsztynie.

Od lutego 1981 r. był członkiem Komisji Zakładowej Związku przy Prokuraturze Rejonowej w Olsztynie oraz wiceprzewodniczącym Komisji Koordynacyjnej Pracowników Prokuratury NSZZ „Solidarność”, członkiem Zespołu negocjacyjnego ds. wymiaru sprawiedliwości „Solidarność” – Rząd oraz przewodniczącym Komisji Wyborczej przy Zarządzie Regionu Związku.

Od 13 grudnia 1981 r. do 17 grudnia 1982 r. jako urzędujący prokurator był internowany. 18 grudnia 1981 r. został zwolniony z Prokuratury Rejonowej w Olsztynie z powodu „stwierdzenia braku rękojmi należytego wykonywania obowiązków prokuratora”. Od 31 marca 1982 r. do 29 czerwca 1990 r. prokurator Stefan Śnieżko pozostawał poza strukturami prokuratury.

W latach 1982 – 1985 był rozpracowywany przez Wydz. V/IV KW MO/WUSW w Olsztynie w ramach Kwestionariusza Ewidencyjnego krypt. Prorok. W latach 1982-1985 rozpracowywany przez Wydz. V/III KW MO/WUSW w Olsztynie w ramach KE/Sprawy Operacyjnego Rozpracowania krypt. Delegat, a następnie w latach 1985 – 1989 przez Wydz. III WUSW w Olsztynie w ramach SOR Świerszcz.

2 lipca 1990 r. został powołany na stanowisko zastępcy Prokuratora Generalnego. Funkcję tę pełnił do 30 października 2001 r. Od 1 lipca 1993 r. był prokuratorem Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie. Następnie 8 sierpnia 1996 r. został szefem Prokuratury Krajowej. W latach 1991–1993 był senatorem RP oraz przewodniczącym Komisji Regulaminowej i Spraw Senatorskich. W 1991 r. był przewodniczącym polskiej ekipy uczestniczącej w pracach ekshumacyjnych w Charkowie i Miednoje, a w 1994 r. został przewodniczącym Komisji do Spraw Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Katyńskiej przy prezesie Rady Ministrów.

19 marca 2004 r. prokurator Stefan Śnieżko został przeniesiony w stan spoczynku. W 2009 r. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej odznaczył prokuratora Stefana Śnieżko Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. W tym samym roku Rada Polskiej Fundacji Katyńskiej odznaczyła prokuratora Stefana Śnieżko Medalem Dnia Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej. 28 września 2016 r. został odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności.

ze zbioru Barbary Żaczek-Załuszkiewicz

Studia zacząłem jeszcze w Związku Sowieckim, ponieważ tam w latach 1949-1954 uczęszczałem do Wileńskiej Szkoły Średniej nr 5 w Wilnie. Tam mieszkałem, tam [zdałem] maturę w polskiej szkole. Miało to duże znaczenie w ukształtowaniu młodego człowieka, jego tożsamości i świadomości.

Kiedy po zmianie październikowej w 1956 r. pojawiła się możliwość repatriacji do Polski to ja natychmiast się zdecydowałem. W marcu 1957 r. przyjechaliśmy do Polski, ja z matką i siostrą, bo ojciec poszedł na wojnę w 1939 r. i nie wrócił. Studia zacząłem na Politechnice w Gdańsku w 1957 r., co też nie było bez znaczenia, bo Gdańsk zawsze był pełen takiego fermentu. Jednak byłem tymi politechnicznymi studiami w Gdańsku rozczarowany. Bardziej czułem się humanistą. Wybrałem prawo, no i poszedłem na prawo, na Uniwersytet Warszawski. Studia prawnicze rozpocząłem w 1959 r., a skończyłem w 1964 r. Wyobrażałem sobie siebie jako adwokata, bo to jest taki ciekawy zawód. Człowiek broni niewinnego czy winnego człowieka przed państwem, to jakoś działa na wyobraźnię. Ale po drugim roku studiów w czasie tak zwanych wakacyjnych praktyk (miesięcznych), które to praktyki miałem w Giżycku (a w Giżycku mieszkały matka i siostra ) zgłosiłem się do prokuratury, bo pomyślałem, że tam może być ciekawiej zetknąć się z tym prawem karnym, w prokuraturze a nie w sądzie. Za patrona dostałem nieżyjącego już dziś prokuratora Henryka Stawryłło. Był on żołnierzem Armii Krajowej, 17 stycznia 1948 r. został aresztowany przez NKWD w Koszedarach na Wileńszczyźnie. Był więziony w Wilnie, skazany w sierpniu 1948 r. na 10 lat pobytu w łagrze za rzekomy udział w jakichś antyradzieckich organizacjach. A jak mi opowiadał, to za to, że zgromadzili się Polacy i czytali „Pana Tadeusza”. Od listopada 1948 r. znajdował się w Kingirze. Od kwietnia 1954 r. więziony we Władymirze, od maja 1955 r. w łagrze w Tajszecie, od jesieni 1955 r. w Czunie. W grudniu 1956 r. wrócił do Polski. Kiedy ja w 1961 r. odbywałem praktykę w prokuraturze w Giżycku to prokurator Sawryłło został tam oddelegowany z sąsiedniej prokuratury. Bardzo zaprzyjaźniliśmy się. Był tak przejęty tym co robi, tak uczciwy, rzetelny, że chyba ta jego postawa wpłynęła na to, iż zrozumiałem, że praca w prokuraturze może być ciekawa.

Jak wróciłem po wakacjach na studia, to w dziekanacie pojawiła się informacja, że Prokuratura Generalna funduje stypendia. Zgłosiłem się na to fundowane stypendium i dostałem się na przyspieszoną aplikację. Aplikację zacząłem w Warszawie, w Prokuraturze Powiatowej dla dzielnicy Warszawa – Śródmieście, a skończyłem w 1965 r. w Olsztynie. Zamierzałem związać się z prokuraturą w Olsztynie, ponieważ tam mieszkała moja rodzina. W Olsztynie utrzymywałem kontakty z interesującymi ludźmi, jeszcze z czasów przedwojennych. I tak np. przyjaźniłem się z nieżyjącym już dziś znanym adwokatem Stanisławem Ochockim, przed wojną sędzią śledczym Sądu Okręgowego w Wilnie z siedzibą w Lidzie. Pragnę nadmienić, że już na jesieni 1939 r. Ochocki włączył się w nurt pracy konspiracyjnej na Wileńszczyźnie. W połowie 1942 r. wszedł w skład wojskowego sądu specjalnego (WSS) podlegającego Komendantowi Okręgu Wileńskiego AK. Natomiast od początku 1943 r. kierował podziemną służbą sprawiedliwości Komendy Okręgu i pełnił obowiązki osobistego doradcy prawnego Komendanta Okręgu Wileńskiego AK. W 1945 r. został aresztowany przez NKWD. 12 grudnia 1945 r. po ciężkim śledztwie został skazany wyrokiem Trybunału Wojennego MWD LSRR w procesie tzw. „drugiej” Delegatury na karę 10 lat łagrów. W grudniu 1956 r. powrócił do Polski i osiadł w Olsztynie. Z adwokatem Ochockim wielokrotnie prowadziłem interesujące rozmowy.

W 1965 r. skończyłem aplikację w Prokuraturze Powiatowej w Giżycku. Po zdaniu egzaminu prokuratorskiego w dniu 12 lipca 1965 roku zostałem asesorem prokuratorskim w Prokuraturze Powiatowej Giżycku. Byłem bezpartyjny. Jednak po roku pracy zostałem zauważony przez kierownictwo prokuratury i zaczęto mnie namawiać do wstąpienia w szeregi PZPR. Przyjechał naczelnik z Prokuratury Wojewódzkiej, nazwiska już w tej chwili nie pamiętam, a on był również sekretarzem POP, wziął mnie na rozmowę i powiedział otwarcie: „Proszę pana, mamy ciągle potrzebę obsadzania stanowisk kierowniczych, no widzimy pana, ale warunek jest jeden, trzeba się zapisać do partii, bez tego ani rusz”. Ja wtedy odmówiłem, powiedziałem, że mnie to nie interesuje. Minął jakiś czas, przyjechał znowu, już z konkretną propozycją, na zastępcę prokuratora powiatowego w Morągu. Byłem asesorem, a tu taka propozycja na zastępcę prokuratora powiatowego. Ja pamiętam, że powiedziałem coś takiego, że w tym środowisku jest tylu drani, to nie mam ochoty być w takim szemranym środowisku. A on wtedy powiedział, że to prawda, że szemranego towarzystwa jest tam [w partii] sporo, ale czy istnieje możliwość zrobienia kariery poza partią? Czy poza partią da się coś zrobić? Jeśli chce się zrobić coś porządnego, sensownego. Tak mi wtedy mówił. Powiedział, że mam czas do namysłu. Ja się wtedy zacząłem zastanawiać i pomyślałem, że może on ma trochę racji, że człowiek ma jakieś ambicje, że jest to robienie kariery w dobrym znaczeniu. I wtedy się zgodziłem . To był 1966 r. Najpierw zostałem kandydatem, przez pół roku, a później już członkiem PZPR.

Z dniem 11 lipca 1966 r. zostałem mianowany podprokuratorem Prokuratury Powiatowej w Morągu, a następnie od 27 października 1966 r. do 1 stycznia 1968 r. pełniłem obowiązki Zastępcy Prokuratora Powiatowego w Morągu. To była niewielka trzyosobowa prokuratura. Byłem tam aktywny na polu kulturalnym, bo jeszcze w czasach studenckich działałem w studenckich klubach dyskusyjnych. Jak pracowałem w Giżycku, założyłem i prowadziłem klub filmowy i podobny klub założyłem w Morągu. W 1967 r., po roku pracy w Morągu, zaproponowano mi stanowisko szefa prokuratury w Bartoszycach. Powiedziałbym, była to dość błyskotliwa kariera nawet jak na owe czasy. Chciałbym jeszcze powiedzieć jak się odbywało w prokuraturze obsadzanie stanowisk kierowniczych. Do Bartoszyc przyjechał szef wojewódzkiej prokuratury, Roman Stężewski, późniejszy zastępca Prokuratora Generalnego i pojechaliśmy z nim nie do prokuratury tylko do pierwszego sekretarza Komitetu Powiatowego w Bartoszycach, ponieważ obowiązywała zasada nomenklatury, tzn. kierownicze stanowiska w prokuraturze musiały być zaaprobowane przez instancję partyjną. Ja już wstępnie byłem zaakceptowany, ponieważ inaczej w ogóle nie byłoby nominacji. Zostałem zawieziony do sekretarza, a ten po kilku chwilach rozmowy podsunął mi cztery czy pięć teczek i zapytał czy znam tych prokuratorów, z którymi będę współpracował. W teczkach zawarte były informacje „bezpieki” na temat tych prokuratorów. Odpowiedziałem mu, że poznam ich w pracy i że to dla mnie ważniejsze. A on na to, że nie i że należy zwrócić szczególną uwagę na jednego z prokuratorów. Zapoznałem się z życiorysem wskazanego mi przez sekretarza prokuratora. Z życiorysu wynikało, że był on w Wehrmachcie, brał udział w bitwie pod Kurskiem, był ranny, został odznaczony Krzyżem Żelaznym. Inny z prokuratorów pochodził z Lubelszczyzny. Jeszcze na studiach prawniczych rozpoczął pracę w organach bezpieczeństwa.

W dniu 2 stycznia 1968 r. zostałem szefem Prokuratury Powiatowej w Bartoszycach. Pamiętam, że kiedy pojechałem po odbiór tej nominacji do Warszawy, a wręczał mi ją ówczesny Prokurator Generalny Kazimierz Kosztirko, powiedział do mnie: „Jest pan najmłodszym, prokuratorem powiatowym w Polsce”.

Praca na stanowisku szefa Prokuratury w Bartoszycach zaczęła się od spięcia z sekretarzem Komitetu Powiatowego PZPR w Bartoszycach. A muszę zaznaczyć, że wtedy sekretarze komitetów powiatowych partii, to były najważniejsze figury. W pierwszych dniach mojego urzędowania na stanowisku szefa prokuratury otrzymaliśmy informację, że znany piłkarz miejscowej drużyny Wiktoria Bartoszyce, (która to drużyna awansowała wtedy do wyższej ligi ) okaleczył kogoś wybijając mu oko na zabawie wiejskiej. A były to czasy kiedy z Prokuratury Generalnej przychodziły wytyczne na jakie sprawy należy zwracać szczególną uwagę. Jeśli przestępstwo zakwalifikowane zostało jako wybryk chuligański trzeba było, zgodnie z wytycznymi stosować areszt tymczasowy. Pamiętam, że dla mnie było to oczywiste, że w przypadku tego piłkarza należy zastosować tymczasowe aresztowanie. Piłkarz został aresztowany. Wtedy ja zostałem pilnie wezwany do pierwszego sekretarza komitetu powiatowego i on mi powiedział, że muszę natychmiast zwolnić piłkarza, ponieważ jest potrzebny drużynie i będzie odpowiadać z wolnej stopy. Ja odpowiedziałem, że tego nie zrobię. Wtedy on mi powiedział, że się zastanowi nad tym czy ja nadal powinienem być szefem prokuratury, i to na początku mojej kariery. Sprawę zakończyliśmy w ciągu trzech, czterech dni i skierowaliśmy do sądu, ale sąd uchylił areszt wobec piłkarza.

W 1970 r. w grudniu otrzymałem polecenie z prokuratury wojewódzkiej, że mam oddelegować jednego z prokuratorów do Gdańska. Po powrocie opowiedział on jak wyglądała praca prokuratorów podczas wydarzeń grudniowych w 1970 r. Prokuratorzy zostali tam przywiezieni z całej Polski w celu przesłuchiwania podejrzanych i stosowania aresztów. Przydzielono im pokoje w komendach milicji obywatelskiej. Mieli „po krótkim przesłuchaniu stosować tymczasowe aresztowania” – tak brzmiały wytyczne dla prokuratorów. A wyglądało to w ten sposób, że milicja doprowadzała człowieka, który był zbity, skatowany, miał poczerniałe od bicia plecy, żadnych dowodów, żadnych świadków, po prostu kazali go przesłuchać i wydać postanowienie. I prokuratorzy wydawali. W jednym tylko przypadku prokurator – jak opowiadał - odmówił wydania postanowienia. Otóż przyprowadzono mu człowieka w kapciach, który powiedział, że „zszedł tylko na dół, bo usłyszał, że w sklepie można kupić chleb”. Akurat przejeżdżał radiowóz milicyjny, został wciągnięty do środka i zbity. Prokurator odmówił wydania postanowienia, na to usłyszał odpowiedź, że „nie jest on od oceny tylko od roboty”. Człowiek ten został aresztowany.

W Bartoszycach pracowałem do 1979 r. czyli dwanaście lat. W dniu 10 września 1979 r. otrzymałem pracę w Olsztynie. Zostałem zastępcą prokuratora rejonowego w Prokuraturze Rejonowej w Olsztynie.

ze zbioru Janiny Wehrstein

W 1980 r. starsza córka przebywała na wakacjach w Sopocie. A w sierpniu 1980 r. rozpoczął się strajk na Wybrzeżu. Ja zdecydowałem się pojechać po córkę do Gdańska, zapytałem tylko komendanta wojewódzkiego czy nie trzeba na wyjazd szczególnych zezwoleń. Nie trzeba było. Pojechałem, byłem tam kilka dni. Akurat trafiłem na strajk. To było dla mnie niesamowite przeżycie. Tak jak wszyscy poszedłem pod bramę Stoczni, przepisałem 21 postulatów. Nosiliśmy również jedzenie dla strajkujących. Było to bardzo wzruszające.

Kiedy wróciłem z Gdańska do pracy byłem w centrum zainteresowania kolegów zarówno z prokuratury jak i z sądu. Wszyscy byli ciekawi, co działo się na Wybrzeżu. Ja wszystko opowiedziałem. Ludzie czytali te postulaty, przepisywano je. Potem zakończenie strajku i powstanie NSZZ „Solidarności’. Wtedy też zaczął się ferment w prokuraturze, w organizacji związkowej czyli w Związku Zawodowym Pracowników Państwowych i Społecznych, do którego przynależność była jakby automatyczna. A więc było zebranie, bardzo burzliwie, krytyczne wobec tego związku. Z tego co pamiętam to zostałem wybrany do nowego już Związku Zawodowego Pracowników Państwowych i Społecznych. Na początku września pojawiła się w gazecie olsztyńskiej informacja, że powstał Międzyzakładowy Komitet Założycielski NSZZ „Solidarność” i podano członków tego komitetu, dziesięć nazwisk. Później poznałem tych ludzi, ale początkowo nazwiska nic mi nie mówiły. Kilka dni później spotkałem na ulicy swojego dawnego kolegę ze studiów, jeszcze z 1958 r., Leszka Lechowskiego, który był członkiem „Solidarności”. Jak się dowiedział, że jestem prokuratorem to zapytał czy nie mógłbym udzielać związkowi porad prawnych. Zgodziłem się być poufnym doradcą prawnym związku. Jednak NSZZ „Solidarność” szybciej powstała w sądzie. Nawiązałem kontakt z jednym z sędziów Józefem Lubienieckim, później razem ze mną internowanym, i zapytałem czy on nie mógłby być oficjalnym doradcą prawnym związku. I zgodził się. Kilka dni później przeczytałem artykuł Aleksandra Hercoga o Pierwszym Kongresie „Solidarności” o Obywatelskich Inicjatywach Ustawodawczych „Solidarności”. Pierwsza organizacja związkowa powstała w grudniu 1980 r. w prokuraturze w Krakowie. Poinformowano o tym wszystkie prokuratury, ale informacja ta została utajniona przez kierownictwo poszczególnych prokuratur. Ja o powstaniu „Solidarności’ w prokuraturze w Krakowie wiedziałem z regionu, ponieważ do regionu też rozsyłano takie informacje. Pojechałem do Krakowa na spotkanie z Aleksandrem Hercogiem. Wróciłem do Olsztyna z materiałami i rozpocząłem rozmowy z młodymi, zaprzyjaźnionymi ze mną prokuratorami. Trzeba było zebrać dziesięć osób, i zebraliśmy. Nazwisk już w tej chwili dokładnie nie pamiętam. Było też kilku pracowników administracyjnych. Razem piętnaście czy szesnaście osób, wszyscy z Prokuratury Rejonowej w Olsztynie, z wojewódzkiej nikt nie dołączył.

Kiedy zdecydowaliśmy się powołać komisję zakładową NSZZ „Solidarność’ w Prokuraturze Rejonowej w Olsztynie to zawiadomiliśmy szefa Prokuratury Wojewódzkiej w Olsztynie o terminie zebrania. Na zebranie przyszedł szef Prokuratury Wojewódzkiej i Mirosław Krupiński z Zarządu Regionu Warmińsko-Mazurskiego NSZZ „Solidarność”. Na tym zebraniu zapadła uchwała o powołaniu komisji zakładowej. Przewodniczącą została wybrana Janina Jurewicz. Nawiązaliśmy współpracę z prokuratorami z Krakowa, powołaliśmy Tymczasową Krajową Komisję Koordynacyjną NSZZ „Solidarność” Pracowników Prokuratury PRL z siedzibą w Krakowie. Przewodniczącym został wiceprokurator Prokuratury Rejonowej dla Dzielnicy Kraków-Nowa Huta Aleksander Hercog, a ja zostałem wiceprzewodniczącym. Zostałem także społecznym doradcą prawnym przy Zarządzie Regionu.

Chciałem jeszcze wspomnieć, że byłem bardzo aktywny w działalności opozycyjnej. Już oficjalnie byłem obecny na posiedzeniach regionu, brałem udział we wszystkich naradach. Uczestniczyłem w obradach najwyższych gremiów „Solidarności” Dwa lub trzy razy, jako przedstawiciel Zarządu Regionu uczestniczyłem w obradach Krajowej Komisji Porozumiewawczej w Gdańsku. Ponadto przy Zarządzie Regionu funkcjonowała pomoc dla osób represjonowanych. Ja jako prokurator, a jednocześnie przedstawiciel „Solidarności”, interweniowałem w wielu sprawach.

Czy były próby zastraszania prokuratorów, którzy zapisali się do „Solidarności” ? Mnie to dotknęło. Zostałem wezwany do Prokuratury Wojewódzkiej w Olsztynie i poinformowano mnie, że zostałem odwołany ze stanowiska zastępcy prokuratora rejonowego. Odwołano mnie 30 września 1981 r. z powodu „nie sprawdzenia się”. Zarzucono mi, że zaniedbuję się w pracy, że czegoś tam nie dopilnowałem i w związku z tym następuje odwołanie. W tym czasie Krajowy Zjazd „Solidarności” w Gdańsku podjął uchwałę w obronie represjonowanych prokuratorów. Ja byłem wymieniony jako ten represjonowany za „Solidarność’, można powiedzieć, że to na moją cześć zjazd podjął uchwałę. Zwróciliśmy się też o pomoc do organizacji związkowych dużych zakładów pracy. W Olsztynie było to Przedsiębiorstwo Sprzętowo-Transportowe Budownictwa Rolniczego. To było takie budujące, a zarazem przekonywujące, że to była „Solidarność”.

Chciałbym jeszcze powiedzieć, że ktoś, kto był wtedy przyzwoitym człowiekiem odchodził z prokuratury, odeszli prokuratorzy, którzy należeli do „Solidarności” zostali tylko ci, którzy byli w partii. Jako przykład podam prokuratora Mieczysława Orzechowskiego, który oskarżał na rozprawie w sprawie strajku. Z prokuratury wojewódzkiej były dyspozycje w sprawie wymiaru kary dla oskarżonych, żądano pięciu lat więzienia. Ja później spotkałem się z tymi oskarżonymi i oni mi powiedzieli, że prokurator Orzechowski na rozprawie mówił dobrze o oskarżonych, co było absolutnym zaskoczeniem. Oskarżeni otrzymali znacznie łagodniejsze wyroki. Po rozprawie napisał podanie o zwolnienie z prokuratury. Świadczy to o tym, że w tym okresie byli też przyzwoici prokuratorzy.

ze zbioru Janiny Wehrstein

12 grudnia 1981 r. zostałem internowany. Tego dnia wróciłem do domu dość późno. Wtedy w ogóle wracało się do domu późno. Położyłem się już do łóżka. Nagle z żoną usłyszeliśmy głośne dudnienie do drzwi. Okazało się, że to była milicja. Nie było w tym nic dziwnego, byłem prokuratorem więc co pewien czas, o różnych porach, do różnych wypadków przyjeżdżała milicja. Tym razem było jednak inaczej. Otworzyłem drzwi i wpadło do mieszkania czterech milicjantów, dwóch było w mundurach, a dwóch ubranych po cywilnemu. Powiedziano mi, że został wprowadzony stan wojenny i zostałem internowany. Pokazano mi (nie dano do rąk) decyzję o internowaniu. Ja przeczytałem, że jestem negatywnie ustosunkowany do ustroju i organów władz PRL i na podstawie art. 42 punk 1, z 12.12. 1981 r. zostałem internowany w Zakładzie Karnym w Iławie. Ubrałem się ciepło i wyszedłem. Chciano mi założyć kajdanki, ale powiedziałem żeby zrobili to na zewnątrz budynku. Jak wychodziliśmy zauważyłem, że przy drzwiach wejściowych stało jeszcze dwóch milicjantów. Wyjechaliśmy za Olsztyn. Co jakiś czas radiowóz wiozący nas do Iławy zatrzymywał się i wprowadzano kolejne osoby. Wszyscy byliśmy skuci w kajdanki. Pamiętam tamtą grudniową, zimną noc i atmosferę strachu, wyzwiska i obelgi milicjantów.

W Iławie był razem ze mną internowany sędzia Józef Lubieniecki, prokurator Andrzej Czyżewski (wtedy radca prawny), adwokat Kozioł, chyba z Łomży. Żartowaliśmy, że jesteśmy w stanie stworzyć skład orzekający. W więzieniu powstały też grupy samokształceniowe, ja mówiłem o prawie, Antoni Macierewicz, który też z nami razem był, mówił bardzo ciekawie o historii politycznej Polski, Tadeusz Syryjczyk miał interesujące wykłady na temat ekonomii. Tworzyliśmy też własne gazetki.

Już od pierwszych dni pobytu w więzieniu zacząłem pisać skargi do naczelnika więzienia dotyczące bezprawnego przetrzymywania nas. Zaznaczę, że nie otrzymaliśmy regulaminu odbywania internowania. W związku z moją skargą otrzymałem z Ministerstwa Sprawiedliwości odpowiedź, że w stosunku do osób internowanych stosuje się tymczasowo regulamin wobec tymczasowo aresztowanych. A to oznaczało, że nie musiałem korzystać z odzieży więziennej. Zresztą regulaminu tam nie przestrzegano. Dlatego dużo pisałem tych skarg. Zirytowałem tym wychowawcę, porucznika Jankowskiego, który wezwał mnie i powiedział: „Słuchajcie internowany, co wy sobie myślicie, że wy tu coś, że jesteście prokuratorem, nie jesteście prokuratorem, już nie. Przestańcie wypisywać te bzdury”. Wspomnę, że zdarzały się też i przyjemne sytuacje. Zaczęły się widzenia z rodziną, z osobami, które przyjeżdżały do zakładu karnego. Widzenia trwały pół godziny, a strażnik mówi, że przesunie godzinę, żeby było dłużej.

W więzieniu w Iławie przerzucano nas z celi do celi. Najdłużej byłem z Tadeuszem Syryjczykiem. On pochodził z Krakowa, był jednym z wiceprzewodniczących pierwszego Zjazdu „Solidarności”, pracownik naukowy Akademii Górniczo-Hutniczej, późniejszy minister gospodarki. Chciałbym opowiedzieć o akcji, którą organizowali studenci dla internowanych. Otóż przed Wielkanocą zaczęliśmy otrzymywać kartki od znanych osób. To było bardzo sympatyczne. Najwięcej kartek otrzymywał Syryjczyk. Kartki do niego był adresowane Tadeusz Syryjczyk Iława. Wtedy jeden z kolegów z celi, Staszek zażartował, że zapewne pocztowcy pójdą z transparentem uwolnić Syryjczyka, bo przecież poczta tego nie udźwignie.

W trakcie pobytu w Iławie pojawiały się informacje, że nas wywiozą do Związku Sowieckiego, blisko była granica, były takie obawy. Początkowo wyglądało to groźnie. Spacer trwał 15 minut, kazano nam chodzić w odstępie trzymetrowym, nie rozmawiać ze sobą. Pilnowały nas psy. Tak to wyglądało. Później już było coraz łagodniej.

Na początku czerwca 1982 r. zaczęły się transporty. Codziennie rano wywożono kilka osób. Początkowo nie wiedzieliśmy gdzie nas wywożą, mówiono, że do Kwidzynia. Nasza grupa liczyła siedemnaście osób. Byli ze mną m.in. Józef Lubieniecki, Antoni Macierewicz, Tadeusz Syryjczyk, Tadeusz Piekarz, Marian Jurczyk. Jechaliśmy dziesięć godzin, był straszliwy upał, ludzie mdleli. Byliśmy traktowani wulgarnie, po drodze tylko raz zatrzymaliśmy się. Syryjczyk był działaczem turystycznym PTTK i co jakiś czas robił notatki z których wynikało, że wiozą nas w okolice Kielc. I tak było.

Zawieźli nas do zakładu karnego w Kielcach-Piaskach. To był nowoczesny zakład karny, cele były otwarte. W tym zakładzie przebywaliśmy dwa lub trzy tygodnie, następnie całą naszą grupę wywieźli do Łupkowa, czyli już w Bieszczady. Wtedy też zaczęły się przepustki, pojedyncze zwolnienia. Później był kolejny transport. Z Łupkowa trafiliśmy do Załęża w Rzeszowie. W Załężu poznałem Jacka Szymanderskiego, Aleksandra Labudę, Henryka Bąka, późniejszego wicemarszałka Sejmu. Byliśmy tam krótko, około miesiąca. Na przełomie września/października zostaliśmy wywiezieni do Uherzec (Uherce Mineralne). Tam poznałem Andrzeja Rozpłochowskiego, Leszka Waliszewskiego, Jarosława Chołodeckiego.

Późną jesienią niemal codziennie ogłaszana była lista osób zwalnianych. W związku z tym stworzyliśmy taki ceremoniał pożegnania: śpiewaliśmy pieśni, całą gromadą odprowadzaliśmy zwalnianą osobę do bramy. Ja zostałem zwolniony 17 grudnia 1982 r.

Pragnę zaznaczyć, że w pierwszych dniach mojego internowania do Iławy przyjechał prokurator wojewódzki i powiedział mi, że planują na polecenie Prokuratora Generalnego zwolnić mnie z prokuratury na podstawie przepisu o nie dawaniu rękojmi. Ja mu odpowiedziałem, że się nie zgadzam, ponieważ nie widzę podstaw do zwolnienia. Po paru dniach przyjechał inny prokurator z kadr i przywiózł mi decyzję o zwolnieniu z powodu nie dawania rękojmi. 18 grudnia 1981 r. zostałem zwolniony z Prokuratury Rejonowej w Olsztynie. Od tej decyzji odwołałem się do Naczelnego Sądu Administracyjnego powołując się głównie na to, że nie przedstawiono mi powodów zwolnienia oraz że zwolnić z powodu nie dawania rękojmi można było tylko z trzymiesięcznym wypowiedzeniem, a takie zwolnienie musiało być doręczone w pracy, a nie podczas nieobecności w pracy. Decyzje tę zaskarżyłem do Naczelnego Sadu Administracyjnego, który skargę uwzględnił i decyzję Prokuratora Generalnego uchylił. Zostałem zwolniony ze służby w prokuraturze za wypowiedzeniem, ze skutkiem na dzień 31 marca 1982 r.

Pragnę powiedzieć, że pod koniec mojego internowania w Iławie do więzienia przyjechał rzecznik dyscyplinarny prokuratury wojewódzkiej i przedstawił mi zarzut jako obwinionemu, że odmówiłem wszczęcia postępowania po upływie przepisowych 30 dni. Przepis był taki, że pomimo zwolnienia z pracy, ale w ciągu 6 miesięcy od zwolnienia można jeszcze wszcząć sprawę dyscyplinarną za zaszłości w czasie pracy. No i wszczęto wobec mnie postępowanie dyscyplinarne. Odbyła się rozprawa dyscyplinarna w sądzie w Olsztynie, przed komisją dyscyplinarną. Ja już byłem wtedy na wolności. To był 1983 r. Moim obrońcą był Stanisław Ruszkowski. Prezesem sądu był Andrzej Kozielski. Był też prokurator Stanisław Matwiejec i pani prokurator z Ostródy. Oskarżał prokurator Lewandowski. Lewandowski powiedział, że ja głęboko naruszyłem, obraziłem zasady urzędowania w prokuraturze i że miejsca dla mnie nie ma w prokuraturze, i muszę być bezwzględnie wydalony. Pamiętam, że Staszek Ruszkowski powiedział coś takiego na moją obronę: „Wszyscy załatwimy sprawy, że jeżeli za to, za takie jakby uchybienie Śnieżko miałby być wyrzucony z prokuratury, to przecież każdy z nas, tak z ręką na sercu, to każdy z nas powinien powiedzieć, że już dziesięć razy powinien być poza prokuraturą, każdy z nas to wie, no nie udawajmy głupich. Wiecie wobec tego, że to nie o to chodzi, że nie chodzi o ciężar uniewinnienia…” Powiedział coś takiego, że „zrobicie to co zrobicie, czy to co wam każą, czy zgodnie z własnym sumieniem, ale pamiętajcie, że ten człowiek nie zniknie, będziecie go spotykać na ulicy i czy będziecie w stanie spojrzeć mu w oczy”. Była długa narada i po naradzie wróciła komisja dyscyplinarna i odstąpiła od karania dyscyplinarnego i orzekła upomnienie, najniższą karę.

Po wyjściu z internowania nie miałem pracy. Postanowiłem wpisać się na listę radców prawnych. Przez pół roku szukałem pracy. Później powiedziano mi, że Rada Krajowa Radców Prawnych jest gotowa przyjąć mnie do pracy na pół roku. W tym okresie jak nie pracowałem, otrzymywałem pomoc z „Solidarności”. Przyjeżdżał sędzia Bogusław Nizieński i jeszcze jakaś kobieta, której nazwiska w tej chwili nie pamiętam. To były fantastyczne czasy. Czuło się atmosferę tej „Solidarności”. Po pół roku zostałem wpisany na listę radców prawnych i usiłowałem podjąć pracę. Otrzymałem pracę radcy prawnego w Gospodarstwie Rolnym w Sątopach, to jest około 60 km od Olsztyna. Zostałem zatrudniony na pół etatu. Później miałem kolejne połówki, zawsze z dala od Olsztyna. W 1984 r. mój kolega Andrzej Bober wyjechał do Stanów Zjednoczonych i przysłał mi zaproszenie do pracy. Pojechałem. Pracowałem tam w różnych miejscach, na budowach, a później dostałem już dobrą pracę, na stacji benzynowej. Czytałem prasę polonijną i wiedziałem, że w Polsce zaczęły się gwałtowne zmiany. Z prasy dowiedziałem się, że ministrem sprawiedliwości został Aleksander Bentkowski, a zastępcą Prokuratora Generalnego Aleksander Hercog z naszej „Solidarności”. Któregoś dnia otrzymałem telefon od Hercoga z informacją abym wracał do kraju. 2 lipca 1990 r. wróciłem do Polski. Z lotniska odebrał mnie Hercog i pojechaliśmy prosto do kancelarii premiera Tadeusza Mazowieckiego, który wręczył mi dekret powołujący na stanowisko zastępcy Prokuratora Generalnego.

Relację zebrała i opracowała Elżbieta Romanowska

Strona do prawidłowego działania używa cookies Więcej informacji

Informacja prawna: Ustawienia plików cookie na tej stronie internetowej są ustawione na "zezwalaj na pliki cookie", aby zapewnić Ci jak najlepsze wrażenia z przeglądania. Jeśli nadal używasz tej witryny bez zmiany ustawień plików cookie lub klikniesz "Akceptuj" poniżej, to wyrażasz na to zgodę.

Zamknij