Stan wojenny w Polsce, relacje

dcp_232
ze zbiorów Janiny Wehrstein

Stan wojenny w Polsce, relacje

Elżbieta Romanowska 1.12.2018

13 grudnia 1981 r. na terytorium Polski wprowadzono stan wojenny. Następstwem tej decyzji było między innymi wprowadzenie szczególnych środków, które wymuszały "poszanowanie" prawa. Dekrety stanu wojennego naruszały wszelkie prawa człowiek, tj. prawo do życia, wolności i bezpieczeństwa osobistego, prawo do pokojowych zgromadzeń i do swobodnego zrzeszania się, prawo pracy oraz prawo do swobodnej twórczości i udziału w życiu kulturalnym. Poniżej przedstawiam relację z tych wydarzeń pt.: "W stoczniach i na ulicach".

W stoczniach i na ulicach

W poniedziałek [15 grudnia 1981 r.] rano pracownicy stoczni w Gdyni i Gdańsku założyli biało-czerwone opaski. Na murach wisiały już plakaty: „Żądamy uwolnienia uwięzionych”, „Żądamy zniesienia stanu wojennego”. Zastanawiano się nad formą protestu; dochodziły wiadomości o militaryzacji kolejnych zakładów.

Stocznia im. Komuny Paryskiej

O godz. 11.00 odbyły się zebrania załóg, ustaliliśmy – strajk bierny – wychodzimy z pracy o normalnej porze, przychodzimy następnego dnia i nie pracujemy. O 14.00 nagle ożyły głośniki – przewodniczący Komisji Zakładowej „Solidarność” ogłosił strajk czynny. Zostało ok. 5 tys. pracowników czyli połowa załogi. O godz. 15.00 przed bramę zajechały brygady pancerne z Kołobrzegu – około 20 czołgów, poza tym transportery i samochody opancerzone. Mieliśmy opuścić stocznię w ciągu pół godziny. Oddziały ZOMO wkroczyły do środka. We wtorek stocznia była niedostępna dla załogi – okupowały ją oddziały ZOMO.

Stocznia Gdańska im. Lenina

Idąc do pracy wiedzieliśmy, że będziemy strajkować. Około godziny 9-tej odbyły się zebrania komisji wydziałowych, które przekształcono w komitety strajkowe. Na zebraniu ogólnym „Solidarności” byli obecni przedstawiciele z całego kraju – zgodnie z tradycją „Sierpnia”. O godz. 12.00 komunikat – Stocznia Gdańska ogłasza 24 godzinny strajk okupacyjny, na dalsze instrukcje należy czekać. Zostało 7 tys. osób spośród 10 tys. pracowników na I – szej zmianie. Przybywali ludzie z innych zakładów. Funkcjonowała jeszcze stołówka, kobiety przynosiły jedzenie pod bramę, tak jak w sierpniu. Przetrwamy.

Do 23.30 był spokój. Około północy nadjechało ponad 50 „suk’ milicyjnych, potem czołgi. Ustawiły się lufami w kierunku biur – widok zapamiętany z Grudnia. Główna brama była zabarykadowana tzw. płozami. W ciągu pół godziny mieliśmy opuści

stocznię. Około 1.30 rozpoczęła się pacyfikacja Weszli od strony Pomnika – 1,5 tys. zomowców. Około 2-giej ogłoszono, że mamy iść w kierunku kolejki. Część strajkujących została w stoczni; przestrzegaliśmy zasady, aby nie pozostawać samodzielnie, organizować się w grupy.

Następnego dnia, we wtorek, przyszło ok. 2 czy 3 tys. ludzi. Dotrwaliśmy do 21.00. Rozpoczęła się powtórna pacyfikacja. Przy bramach spośród opuszczających stocznię „wyłapano” głównych działaczy „Solidarności” na podstawie wcześniej sporządzonych list.

ze zbiorów Janiny Wehrstein

Środa 16 grudnia 1981 r. – rocznica pamiętnego „Grudnia”, dzień składania hołdu tym, którzy za prawdę złożyli ofiarę swego życia.

Od godz. 12.00 obstawiono wszystkie ulice wylotowe w sąsiedztwie Pomnika, aż do dworca. Gdy ktoś przyjechał do Gdańska, musiał stać się uczestnikiem wydarzeń. Wrzucano świece dymne do kolejek, puszczano gazy łzawiące.

Godz. 17.00. O tej porze miały rozpocząć się uroczystości przy Pomniku. Do Pomnika dostępu nie było. Godz. 17.00 stała się sygnałem do rozpoczęcia walk miedzy ZOMO a tłumem. W mieście było wówczas około 70 - 100 tys. ludzi. Oddziały ZOMO uzbrojone w pałki i tarcze, tyralierą nacierały na tłum. W miarę trwania bitwy ludzie zdobywali doświadczenie; stawiano czoła zomowcom. Zdobywano tarcze i pałki; po niedługim czasie obie strony były uzbrojone. Skandowano hasła: gestapo, zdrajcy, faszyści. Gdy leciały w górę puszki z gazem łzawiącym czy środkami profilaktyczno-drgawkowymi, uspokajano się wzajemnie: tylko spokojnie, bez paniki. I znów nacierano.

Nad miastem unosiła się zasłona dymna, ludzie ocierali łzy – nie należy dotykać oczu! Gmach komitetu partii stał nie oświetlony. W fasadzie paliła się tylko jedna świeczka, jak na opuszczonym grobie.

Około 20.30 przed dworzec przyjechały samochody z sikawkami i czołgi. Oddano „ślepe” strzały do tłumu. Helikoptery rozpylały gazy łzawiące. Rzucano świece dymne i petardy. Tuż przed godziną policyjną ktoś krzyknął: do zobaczenia jutro rano!

We czwartek walka przebiegała w sposób bardziej zorganizowany, ludzie bronili się przed zomowcami przy pomocy metalowych prętów. Wykręcano milicjantom ręce z tarczami, łamiąc w ten sposób barki i ręce. Zdarzały się przypadki rozbierania do naga i bicia złapanych funkcjonariuszy. Najgroźniejsze w skutkach okazały się spotkania samotnych osób lub nielicznych grup z uzbrojonymi zomowcami. Były ofiary śmiertelne, dokładnie nie wiadomo ile: 2 lub 4; może więcej. Pobitych i skatowanych trudno było policzyć. We czwartek strzelano do tłumu już ostrymi nabojami.

ze zbiorów Janiny Wehrstein

W milicyjnej katowni

Zostałem aresztowany 16 grudnia o godz. 17.00 na trenie Stoczni Gdańskiej, koło wydziału K-2 przez patrol WP. Następnie odstawiono mnie do oddziału ZOMO na drugiej bramie. Stamtąd po otrzymaniu ciosu w twarz i po zabraniu mi dowodu osobistego zawleczono mnie do samochodu więźniarki. Zamknięto mnie w celi o wymiarach 0,5 x 0,5x 1,5 m gdzie można było tylko siedzieć. Po około godzinie zawleczono mnie na małą salę bhp, gdzie po wstępnym śledztwie, przy użyciu pałek i pieści, zrewidowano mnie, a następnie wraz z innymi aresztowanymi (przeważnie młodymi ludźmi) zawleczono nas ponownie do samochodu więźniarki. Jednego z nas zabrano do lekarza, bowiem w wyniku pobicia nie nadawał się do transportu. Po kilku godzinach, czyli po zakończeniu walk na ulicach Gdańska, wywieziono nas ze Stoczni Gdańskiej i powieziono w niewiadomym kierunku (wówczas jeszcze nie wiedziałem, że był to Pruszcz Gdański). Na miejscu pokazano mi, jak wyglądają w praktyce tzw. ścieżki zdrowia. Kazano nam wysiadać biegiem z samochodu i tu nastąpił szok. Wzdłuż szpaleru uzbrojonych w pałki zomowców, w obecności psów obronnych, które szczuto na ofiary, musieliśmy biec. Szpaler był obustronnie tak ustawiony, aby odległość między funkcjonariuszami ZOMO umożliwiała zamach pałkami. Musieliśmy więc biec wzdłuż szpaleru otrzymując ciosy pałkami w plecy, w głowę, w kończyny, najpierw do drzwi komendy miejskiej MO, następnie po schodach na piętro, wzdłuż korytarza do sali, w której było już zgromadzonych ok. 150 osób. Niektórzy z nas , szczególnie ci słabsi fizycznie, padali, potem jedni o drugich się przewracali i wówczas nad tymi powalonym szczególnie się znęcano, bito, kopano. Na sali musieliśmy stać kilka godzin na baczność, pilnowani przez funkcjonariuszy ZOMO z psami, zanim każdego z nas wywołano na przesłuchanie, na podstawie akt umieszczonych w kopertach z pieczątką Stoczni Gdańskiej. Po śledztwie porozmieszczano nas w 4 pomieszczeniach o wymiarach 3,5 x 3 m, gdzie w zasadzie nie było możliwości ani siedzieć, ani spać, można było tylko stać. Dopiero po 30 godzinach po śledztwie, tj. gdzieś 17 grudnia w godzinach wieczornych, dano nam po kawałku suchego chleba. W trakcie przetrzymywania częstowano nas jakimiś sporadycznymi kopniakami czy ciosami pieści. Wykorzystywano nas również do sprzątania komendy.

W piątek tj. 18 grudnia, odtransportowano nas pojedynczo, w kajdankach do sąsiedniego budynku na rozprawę sądową i po ogłoszeniu wyroku z powrotem na salę, abyśmy nie mogli rozmawiać z jeszcze nie osądzonymi. Otrzymałem wyrok: kolegium 5.100 zł. płatne od zaraz (bezterminowo) z zamianą na 3 miesiące aresztu. Rodzina wykupiła mnie z rak oprawców w sobotę rano, tj. 19 grudnia [1981 r.]

Dodatkowo informuję, że trzymano nas w świetlicy – ok. 100 osób i w 4 salach po 20 osób. Najbardziej aktywnych w biciu było dwóch starszych sierżantów. ZOMO było ze Szczytna i chyba z Piły. Jednemu z K-2 złamali nos. Dziewczyn nie bili. Starszy plutonowy szczuł psem milicyjnym. Siedziałem z czterema studentami.

Gdy ktoś przyjechał do Gdańska…

17 grudnia 81 r. poranny expres relacji Warszawa-Gdańsk był wyjątkowo pusty. Jechało kilku studentów, którzy do 18.00 poprzedniego dnia na rozkaz komisarzy wojskowych zmuszeni byli opuścić akademiki. Jechali też ci szczęśliwcy, którzy po wielu godzinach stania w kolejkach otrzymali przepustki do Trójmiasta. Starań o wyjazd było tyle, jak co najmniej do USA.

Powoli wstawał dzień, do murów domów przyklejali się ludzie tworząc kolejki, na białym śniegu na drogach widać było czołgi i wozy bojowe. Co zastaniemy w Trójmieście? Można się spodziewać wszystkiego, bo łączność przerwana, a wyobraźnia pracuje. W dodatku dzisiaj rocznica…

W Gdańsku już na dworcu gorąco. Strzały w powietrze. Odchodzę od okna. Strach ten sam co na Placu Zbawiciela, gdy w niedzielę zajmowali gmach „Solidarności”.

Grupka młodych ludzi ucieka przed ZOMO, część wdrapuje się na nasyp kolejowy, kilku wskakuje do naszego pociągu w biegu. Nie mogą mówić, są wykończeni. Tymczasem wiaduktem, w kierunku miasta sunie kawalkada czołgów, wozów milicyjnych i karetek na sygnale. Stocznia obstawiona jest przez czołgi, na moście mnóstwo wojska i milicji.

Wysiadam w Gdyni, tu też pełno patroli wojskowych i ZOMO. Czekam na kolejkę podmiejską. Ludzie żywo dyskutują, są poważni i zacięci. Ktoś mówi: „Panie ja robię w Stoczni Gdańskiej, jesteśmy zaminowani, nie damy się”. Już w kolejce docierają do mnie strzępki rozmów, różne informacje. „W acetylenowni gdańskiej stoczni siedzą ludzie gotowi wysadzić stocznię w powietrze”.

Cały teren stoczni otoczony przez czołgi i wozy pancerne. Na moście wojsko. Tego dnia godzina milicyjna obowiązywała już od 20. Wiadomo-rocznica.

Wieczorem doszło do starć milicji z bezbronnym tłumem, próbującym zorganizować w Gdańsku wiec. Dziewczynę, która utknęła w łańcuchu na przejściu ulicznym, pałowali bez opamiętania. Puszczono gazy łzawiące. Karetki pogotowia jeździły tam i z powrotem. Kilku ludzi zmarło na skutek obrażeń w szpitalach. Nie wiadomo, czy żyje ta zmasakrowana dziewczyna.

Gazy dawały o sobie znać następnego dnia. Ludzie pędem przemierzali przejście podziemne w kierunku dworca. Rzucano tam dużo gazów.



Opracowano na podstawie

  • Autorzy relacji nieznani. Relacje były publikowane przez Wydawnictwo Krąg, Warszawa 1982.


Strona do prawidłowego działania używa cookies Więcej informacji

Informacja prawna: Ustawienia plików cookie na tej stronie internetowej są ustawione na "zezwalaj na pliki cookie", aby zapewnić Ci jak najlepsze wrażenia z przeglądania. Jeśli nadal używasz tej witryny bez zmiany ustawień plików cookie lub klikniesz "Akceptuj" poniżej, to wyrażasz na to zgodę.

Zamknij